viernes, 2 de diciembre de 2011

Święta idą!

Ha, no i już grudzień!

Ten piękny, świąteczny, słoneczny (przynajmniej tutaj) i dość zimny miesiąc zainaugurowałem dwoma egzaminami: jednym z angielskiego, który zaskoczył mnie ćwiczeniem polegającym na dobraniu słów w pary tak, żeby rymowały, oraz drugim z języka literackiego, który niczym nie zaskoczył.

Przede mną 10 dniowy długi weekend. Tak, Hiszpania to zdecydowanie kraj, który nie daje nawet chwili wytchnienia.

Ostatnie dwa tygodnie przed świętami i odyseją powrotną. Nie bardzo wiem, co ze sobą zrobić, nie bardzo wiem, co tu napisać. Daję znak życia, ale inspiracji na coś więcej brak.

viernes, 28 de octubre de 2011

Za ojczyznę!

No i jakoś tak szybko leci ten czas. Notatki przestały mi się mieścić w jednej koszulce.
Ostatnie dwa tygodnie upłynęły pod znakiem modyfikowania utrwalonego wielomiesięczną praktyką sposobu spędzania czasu powydziałowego, to jest chodzenia na kawę do konkretnych kawiarni z konkretnymi ludźmi. Świat się nie skończył, aczkolwiek niektórzy jego zagładę w tych zmianach chcieli dojrzeć. Trochę pusto się zrobiło naokoło, ot i tyle.

Festiwal filmów krótkometrażowych trwa i potwierdza, że Islandczycy bez żadnych wątpliwości mają odrobinę różną wrażliwość, która niekoniecznie przemawia do europejczyków, a żeby się nie wypowiadać za ogół, powiem, że do mnie nie przemawia. Zabawnie jest również poobserwować twarze zgromadzonych na projekcji ludzi po jednej z takich zagadkowych projekcji, część dyplomatycznie nic nie mówi aż do wyjścia, druga część z pełnym przejęciem rozwodzi się o głębokim przesłaniu ludzi wychodzących z pralki i mikrofalówki na środku łąki.

Odkąd zaczął się rok akademicki to już trzeci pięciodniowy weekend jaki nam się trafia. Jeśli doliczymy do tego standardowe trzydniowe weekendy cotygodniowe, będziemy mogli łatwo policzyć, jak dużo czasu spędza się tu na wydziale.

Ten ostatni tydzień to również tydzień mobilizacji niemalże wojskowej. Zareagowaliśmy bowiem dość rewolucyjnie na wiadomość, że wszystkie literatury europejskie wykładane będą w ich języku, a co za tym idzie, że traktuje się nas jak studentów pięciu różnych filologii na raz. Wojna my kontra wydział trwa. Pojedyncze bitwy, takie jak moja z koordynatorem naszego kierunku (któremu starałem się wytłumaczyć, że komparatystyka literacka to jedno, a ta lingwistyczna to drugie i że oczywiście my postaramy się nauczyć się dwudziestu języków w najbliższy weekend, ale w wypadku, gdyby nam się jednak nie udało, żeby nam pozwolili napisać egzamin po hiszpańsku) , zakończone w zasadzie niczym, ale sprawa trafiła już do rektora, więc coś osiągnęliśmy.

miércoles, 12 de octubre de 2011

Vanity fair

Zabawne jest, że niektórzy ludzie uważają, iż w wieku ledwo skończonych 20 lat są Kimś, bo przeczytali kilka książek i znają na pamięć kilka cytatów, i na każdą racjonalną próbę uświadomienia im, że nawet w przypadku wątpliwego, acz dla nich oczywiście oczywistego, geniuszu, to nie w ich gestii leży przejście (bądź nie) do historii, reagują stwierdzeniami typu: skromność i pokora to wymysły współczesności, którymi zasłaniają się przedstawiciele klasy przeciętnej intelektualnie w (domniemanej) obronie przeciwko absolutnie niesamowitym i odkrywczym pomysłom i ideom tych bardziej utalentowanych. Śmiać się? Załamać?

Zabawnie było przypomnieć sobie w ten poniedziałek, że wyprowadzony w równowagi mówię dużo ciszej niż normalnie, a mimo to wszyscy mnie nagle rozumieją. Zabawnie było użyć tak wyświechtanego przez kino i telewizję, nieco mniej kulturalnego synonimu wyrażenia "opuść moje miejsce zamieszkania i oddal się od niego w możliwie jak najkrótszym czasie". Zabawnie, ale i trochę przykro. Chyba nie jestem jednak zwolennikiem ekstremalnych emocji.

Z innej beczki: celebracja dzisiejszego święta narodowego Hiszpanii, zwanego Dniem Hiszpańskości, odbywa się z udziałem wojska, a jakże, króla, a jakże, Hiszpanów przed telewizorami (chyba, że mają to (nie)szczęście być w Madrycie akurat), a jakże, oraz... kozy. Koza bowiem, jak wszem i wobec wiadomo, symbolem jest dzielności hiszpańskich legionistów. Amen. Jako ciekawostkę dodam, że to właśnie święto, oraz zerowa chęć pracy wykładowców, zapewniły mi pięciodniowy weekend, którego nie do końca się spodziewałem. Lokalna, pięciodniowa celebracja hiszpańskości rozpoczęła się wczoraj w nocy. Trwa.


sábado, 1 de octubre de 2011

Nowości i nie tylko

Pierwszy, czterodniowy tydzień studenta drugiego roku komparatystyki już za mną, aktualnie cieszę się porankiem drugiego dnia pierwszego, trzydniowego weekendu studenta drugiego roku komparatystki. Ta ciekawa proporcja, zapewniająca wykładowcom jeden dzień pracy mniej i utrzymanie tej samej pensji, utrzyma się najwyraźniej do końca mojej akademickiej kariery tutaj, bowiem, jak głosi wydziałowa legenda, nigdy nie było tam zajęć w piątki, nie będzie więc Bolonia pluć nam w twarz i zmieniać (nie)chlubnej tradycji.

Tym niemniej muszę powiedzieć, że pozytywnie mnie ten pierwszy tydzień zaskoczył. Po pierwsze, ponad połowa zeszłorocznej grupy zmieniła wydział bądź kierunek bądź plany życiowe w ogóle. Ta swoista czystka zapewniła pewne wyrównanie poziomu grupy. Po drugie doczekaliśmy się w końcu zajęć w małych grupach. Po trzecie pani profesor od tradycji antycznych jest kompletnie szurnięta i właśnie dlatego ja osobiście ją uwielbiam (jako ciekawostkę dodam jej aparycję narkomanki na głodzie ubranej w najdroższe ciuchy w najbardziej pstrokatych połączeniach kolorystycznych). Także, o dziwo, pozytywnie!

Poza tym, schizmy ideologicznej w mojej grupie ciąg dalszy. Są pewne, nieprzekraczalne dla mnie, granice miłości własnej i braku pokory, których nieustanne przekraczanie wydaje się być celem samym w sobie niektórych, co z kolei wywołuje zgrzytanie zębów innych. Zaczynanie zdania od "jak uważam ja i wielu lingwistów razem ze mną,..." w wieku 20 lat wydaje mi się cokolwiek pretensjonalne. Krytykowanie wszystkiego i wszystkich oraz raptowne kończenie każdej ledwo rozpoczętej dyskusji niepodważalnym argumentem "mam to gdzieś, ja i tak wiem swoje", również. Stwierdzenie, że ani to miasto, ani ludzie tu mieszkający, niczego wartościowego nie są w stanie zaoferować jest, pomimo mojej nie do końca pozytywnej opinii o tutejszych możliwościach rozwoju, grubą przesadą i dowodem na przerośnięte (w odwrotnie proporcjonalny do poziomu wiedzy) ego. Ten tydzień pokazał zresztą bardzo wyraźnie na jakie dwie frakcje się podzieliliśmy.

Wczoraj o 4 nad ranem znalazłem sokowirówkę wśród przedmiotów mojego małego gospodarstwa domowego. Zaskarbiłem sobie zapewne uwielbienie sąsiadów robiąc sobie sok jabłkowy, a następnie złorzecząc po odkryciu, że wyczyszczenie ustrojstwa wymaga rozmontowania go do imentu, wyszorowania każdej części, wysuszenia, a następnie złożenia do kupy przed położeniem się spać, ażeby uniknąć sytuacji w której po przebudzeniu nie wiedziałbym co i gdzie wcisnąć, a które to informacje miałem jeszcze w pamięci po niedawnym rozłożeniu całości.

Poznałem również sąsiada z dołu, który, po moim piątym mostku ze stania na rękach zapukał i zapytał się, czy wszystko w porządku, bo oglądał spokojnie film z żoną i w końcu zdali sobie sprawę z tego, że te dziwne odgłosy nie dochodziły bynajmniej z głośników telewizora, a z mieszkania nad nimi. Uspokoiłem go, że nic się nikomu nie stało, że jestem cały i zdrowy. Nie wiem, czy go przekonałem.

martes, 20 de septiembre de 2011

Słońce, oliwa, ironia i jej brak.

Niezaprzeczalnie, choćbym nie wiem, jak bardzo chciał temu zaprzeczyć, choćbym się dwoił, troił, czworzył i chędożył, nie dam rady tak nagiąć rzeczywistości, żeby móc Wam powiedzieć, że tu też jest zimno, choćbym nawet i tego w głębi serca chciał (w sensie, żeby było chłodniej). Jeśli to kogoś pociesza, to prawie Wam zazdroszczę, bo mam nową jesienno-zimową kurtkę, którą strasznie chcę wypróbować, a póki co, przez najbliższe trzy miesiące jeszcze tak na oko nie będę miał ku temu okazji. Pech.

Zapewne wszyscy znamy kogoś, kto po przeczytaniu jakiejś odkrywającej dość oczywiste kwestie książki postanowił zmienić swoje, a przynajmniej nasze życie. Taki zapał jest oczywiście niezwykle szlachetny, tym niemniej równie słomiany co neoficki, przy czym może być również dość destruktywny dla grupy raczej konformistycznych przyjaciół, którzy etap takiego czy innego zbawiania świata mają już za sobą. Trzeba chyba będzie przeczekać mały rozłam ideowy, jaki ostatniej soboty pojawił się między pewnym polakiem i pewnym Latynosem.
Ten sam polak poradził również temu samemu Latynosowi, żeby przy smażeniu użył przykrywki, co tamten, być może w odwecie za niepoparcie jego rewolucyjnych planów, zignorował. Jego kucharskie talenta naznaczyły całą kuchenkę oliwą.
(Osobami tegoż osobliwego dramatu byłem oczywiście ja i mój południowoamerykański przyjaciel. Postanowiłem zamaskować jednak naszą tożsamość, ażeby nadać historii bardziej uniwersalny wyraz.)

Doszedłem do wniosku, że ostatnim stopniem do pokonania na schodach prowadzących do zrozumienia obcej kultury i jej języka, jest zrozumienie ich humoru. Polak i Hiszpan, choć na pozór dwa batanki, na dłuższą metę już się tak nie polubią, bo ani jeden, ani drugi nie zrozumie żartów tego drugiego (bądź pierwszego). Standardowe polskie dogryzanie nie zdaje tu egzaminu, podobnie jak na nas raczej nie robią wrażenia wyżyny iberyjskiego humoru, umiejscowione w okolicach niewysokiego krawężnika. Także to nie słownictwo, nie melodyka języka, nie gramatyka, a coś co nazwalibyśmy pragmatyką stanowi o integracji bądź jej braku w obcym kulturalnie społeczeństwie.

I tym optymistycznym akcentem zakończę mój wywód, gdyż mi kompot kipi!

domingo, 11 de septiembre de 2011

Wielki powrót!


Tak oto wróciłem do Grenady, ażeby kolejny akademicki rok mogła się moją obecnością (na)cieszyć do woli. Z drogi powrotnej wyeliminowałem wprawdzie znienawidzoną jazdę pociągiem do Krakowa, tym niemniej nie samą jazdę do Krakowa i późniejszy zeń wylot, zamieniłem tylko środek transportu na niespodziewanie wygodny autobus z chrapiącym i wiercącym się panem na siedzeniu obok i działającą klimatyzacją. W trakcie lotu z kolei tuż obok mnie materializowało się i naprzemiennie dematerializowało kilkuletnie hiszpańskie dziecko rodziców przeze mnie niezlokalizowanych, a jego z jego objawień bądź zniknięć zdawałem sobie sprawę w tych krótkich momentach kiedy budziłem się, by w miarę niezbyt licznych możliwości zmienić pozycję i znowu zasnąć. Lubię moją zdolność/właściwość do zasypiania w środkach transportu, jest niezwykle wygodna. Jeszcze bardziej z pewnością lubili ją moi rodzice kiedy ja, szkrabem jeszcze będąc, zasnąć w domu nie chciałem, a paszczękę darłem namiętnie i
nieprzerwanie.

Zadomowienie się moje ostateczne poprzedziła wyprawa z przyszywaną tutejszą rodziną, z babcią włącznie, w góry, po których opływając w słońcu i pocie trochę pochodziliśmy, ale bardziej jeżyny pozbieraliśmy, z których staraliśmy się zrobić dżem. Nasze próby najpierw zakończyły się dość twardą bryłą jeżynową, ażeby następnie po długich kuchennych obradach i po zalaniu wrzątkiem i zmiksowaniem przeobrazić się w twór dżemopodobny i bardzo zjadliwy. Żeby nie być gołosłownym jeśli o góry chodzi, poniżej zdjęcie. Zdjęcia dżemu nie będzie, bo i tego już nie ma.

Mieszkanie samemu właśnie się rozpoczyna. Póki co nic mi jeszcze się nie zepsuło, nie wybuchło, a wręcz dokonałem całkiem przełomowych w moim życiu czynów: zmieniłem hasło sieci domowej oraz zapoznałem się dokładnie z zawartością szafek, których zawartość dotychczas była dla mnie niepewna i mało konkretna. Chcąc rozpocząć nowy tydzień aktywnie, na jutrzejszy poranek zaplanowałem wyprawę po espadryle do Carrefour'a.

Cieszę się, że się cieszycie, żem szczęśliwy/ie wrócił (do Hiszpanii i do bloga).

jueves, 23 de junio de 2011

Wakacyjnie

Tak, przyznaję się bez bicia, przez prawie dwa miesiące nic tu nie napisałem. Wiem, że było Wam ciężko, mam tylko nadzieję, że obyło się bez rwania włosów z głów, zawodzenia do księżyca i wylewania krokodylich łez z niewiedzy co tam u mnie.
Postaram się jakoś naprawić teraz na szybko to skandaliczne niedopatrzenie i skrócić dwa ostatnie miesiące w jednej notce.
Jak wiemy, tuż po przerwie wielkanocnej, w Grenadzie mieliśmy kolejny długi weekend, bo święta i imprezy lokalno-parafialne to przecież rzecz święta, a przy okazji świetna okazja, żeby nie pracować. Nie to jest jednak najistotniejsze, a fakt, że właśnie wówczas zawiązały się istotne dla dalszego rozwoju wypadków przyjaźnie. Po ośmiu miesiącach na obczyźnie, w końcu znalazł sobie człowiek (znaczy ja), grupkę sensownych ludzi. Ten sam człowiek mówił to samo już wcześniej ze dwa razy, a potem co się stało, to można się domyślić. Do trzech razy sztuka moi mili, tym razem się udało! Jest nasz czwórka, szóstka w porywach, jesteśmy tak różni jak to tylko możliwe i właśnie dlatego się kochamy. Mógłbym policzyć na palcach jednej ręki dni z tych dwóch ostatnich miesięcy, kiedy się nie widzieliśmy. A to na obiedzie na stołówce, a to na kawie, a to u mnie w domu filmy po nocy oglądając, a to u mnie w kuchni filozoficzne kwestie dyskutując...
Jednym słowem, nie straciłem jeszcze wiary w ludzi! Aczkolwiek byłem blisko.
Na wydziale wszystko po staremu. Drugi semestr był niewątpliwie ciekawszy od pierwszego, mam nadzieję, że drugi rok będzie ciekawszy od pierwszego. Ciekawostka: przedmioty do wyboru w ramach wykładów z literatury europejskiej: literatura amerykańska, brazylijska, rumuńska, polska, francuska, angielska, rosyjska, katalońska. Najwyraźniej pojęcie "europejski/a" uległo pewnym subtelnym modyfikacjom. Dziwi już nie tyle obecność literatury amerykańskiej czy brazylijskiej, co nieobecność literatury niemieckiej czy włoskiej. Inna ciekawostka: filologia germańska tu nie istnieje. Nie to, żebym chciał studiować filologię germańską, choć muszę przyznać, że literatura niemiecka jest super, tylko po prostu się zdziwiłem, tak sławny i międzynarodowy uniwersytet i taka luka w ofercie...

Zadeklaruję coś tu na blogu, mając nadzieję, że fakt, iż te miliony, które go śledzą będą o tym wiedzieć, zmotywuje mnie do realizacji mojego śmiałego i lekko karkołomnego planu. A plan jest taki, żeby od przyszłego roku przyłożyć się trochę do nauki i zdetronizować klasowe kujony. Życzcie mi powodzenia.

Byłem w końcu w Madrycie! Po miesiącach odgrażania się, że pojadę, w końcu pojechałem. Było super!

To tak w największym skrócie, każde z poruszonych zagadnień można by mocno rozwinąć, ale przecież dążymy do syntezy, czyż nie? Także kończę, podam tylko do wiadomości publicznej elektryzującą informację: 5 lipca przylatuję do Polski!


sábado, 30 de abril de 2011

Święta święta i majówka

No i skończyły się święta, a tu dalej deszcz pada. Ciepły (?), letni (?) deszcz po sfrustrowaniu rocznych przygotowań wielu wielkanocnych procesji, uniemożliwił nam piknik w ogrodach Alhambry, anulował występ jednej z grup tanecznych (jako, że bardzo hojnie przyznano jej tylko mały placyk na występ w ramach międzynarodowego dnia tańca) oraz najprawdopodobniej sprawi, że nie wpadnę dziś na pomysł przespacerowania się na stołówkę uniwersytecką. Aczkolwiek wczoraj, idąc sobie po ulicy i moknąc, dobra karma, którą staram się wysyłać, zmaterializowała się w postaci parasola na chodniku.

Okazało się, że jak niewiele się dzieje w życiu niektórych na co dzień, tak nagle w przeciągu tego tygodnia wielkanocnego, kiedy ja sobie radośnie w Polsce na działce z rodziną wodą oblewałem, tutaj miało miejsce kilka dramatów osobistych. Teraz jestem aktualizowany w przyśpieszonym tempie, wysłuchując, pocieszając i przytakując z pełną zrozumienia miną.

Te trzy ostatnie poświąteczne dni (bo wtorek tu też był wolnym dniem), dostarczyły mi wielu wrażeń. Na wykładach z hiszpańskiego wróciliśmy po raz setny do tematu seplenienia, co doprowadziło mnie prawie do załamania nerwowego (od początku tego semestru ten temat wraca jak bumerang na każdych zajęciach). W ramach praktyk z hiszpańskiego zrobiliśmy z przyjaciółką prezentację o nawiasach i myślnikach, a także emotikonach. A najważniejszy punkt programu, to fakt, że wziąłem udział w kursie wprowadzenia do reżyserii teatralnej, który uświadomił mi, że chyba jednak zostanę przy moich planach zostania scenografem.

Ach, no i przede mną kolejny długi weekend = )

jueves, 7 de abril de 2011

Zimolato

W Grenadzie wiosna istnieje tylko z nazwy. A właściwie istnieje jako koncept, który służy do określenia pogody, kiedy nie bardzo się wie, co innego o niej powiedzieć. Autochtoni mówią o invierano, zimolecie. I rzeczywiście, to chyba najtrafniejsze określenie. Raz dlatego, że przejście od zimy do lata jest tu dość brutalne, drastyczne i odbywa się z dnia na dzień. Zero przebiśniegów. Dwa dlatego, że o ile rano jest rześko, to już w południe jest raczej... ciepło, gorąco? Człowiek wybiera zasadniczo ocieniony chodnik.

domingo, 27 de marzo de 2011

Ha!

To był dość intensywny weekend! W piątek po nie do końca przespanej nocy pół dnia prób, w sobotę z samego rana autobusem do Jaenu i pół dnia prób już na miejscu, popołudniu występ, potem trzeba było wszystko zebrać w miarę szybko, bo wchodziła kolejna grupa, autobusem do Grenady i na nogach do łóżka; niedziela to pobudka o 8:30, a dokładniej o 9:30, bo z tego wszystkiego zapomniałem o zmianie godziny, i sprint na dworzec autobusowy, bo o 10:30 wyjeżdżał autobus na plażę, na który w końcu nie zdążyłem, bo okazało się, że jednak nie tak łatwo jest przemierzyć całą rozkopaną Grenadę w niedzielny poranek, ale na plażę i tak się dostałem, busikiem, który wyjeżdżał o 11, a potem już samochodem z przyjaciółkami na działkę jednej z nich, tam rodzinny obiad, a potem rodzinne zrywanie pomarańcz, a potem już na spokojnie wróciliśmy do domu. Miałem w planach jeszcze pójście do teatru, ale kiedy okazało się, że sztuka zaczynała się o 20 moje plany spełzły na niczym, bo dojechaliśmy pod dom o 19:40 mniej więcej.

A Czarodziejski flet wypadł... zajebiście! To tak w jednym słowie!
My się bawiliśmy świetnie, nawet pomimo tego, że budynek nie był klimatyzowany i wszystkim się nam nasz piękny makijaż rozmazał po 15 minutach grania. Dzieciom się podobało i to jest najważniejsze! A że w ogniu pracy zniknęło kilka scen i musieliśmy improwizować teksty, żeby dało się cokolwiek zrozumieć... cóż, tak bywa! Liczy się efekt! A efekt jest taki, że zaproponowali nam powtórzenie spektaklu!


sábado, 19 de marzo de 2011

Czarodziejski flet!

Otóż zostałem Papagenen, ptasznikiem Królowej Nocy z Czarodziejskiego fletu. Z moją grupą teatralną jedziemy za tydzień do Jaenu i w tym samym budynku, w którym dwa lata temu w wakacje "pracowałem" (jak wszyscy wiedzą, za bardzo się tam nie napracowałem) w ramach wolontariatu, zmontujemy zaadaptowaną dla dzieci wersję tejże opery. Nie, nie będziemy śpiewać. I tak, mają nam porobić zdjęcia.

I tak na ostatniej próbie zdałem sobie z czegoś sprawę: jeszcze dwa miesiące temu mówiłem, że nie do końca się tutaj odnajduję; na dzień dzisiejszy już tak. Znalazłem sobie grupkę normalnych ludzi na wydziale. Zaplanowane mam już poprowadzenie dwóch warsztatów jogi pod koniec kwietnia i na początku maja, jeden w Alcalá la Real, drugi tu w Grenadzie. Nawet są już chętni! No żyć nie umierać!

domingo, 13 de marzo de 2011

Sale el sol

No i znów słonecznie! Dzisiaj zaliczyłem wschód słońca nad rzeką, jak uda mi się ściągnąć zdjęcia z telefonu to wrzucę (wydawałoby się, że nie ma nic prostszego niż zgranie zdjęć z telefonu, tym niemniej brak kabelka skutecznie mi to uniemożliwia). A na tą niedzielę zaplanowaliśmy wypad na plażę! Nie omieszkam opublikować reportażu fotograficznego z tego wypadu, jeśli dojdzie do skutku. I mówię "jeśli", bo jeśli czegoś się w Hiszpanii już nauczyłem, to tego, że nie należy nigdy się tu szczególnie na nic nastawiać.

Z ciekawostek: oglądałem sobie w Polsce taki jeden, mało prestiżowy, przyznaję, acz edukacyjny językowo (jakoś trzeba uzasadnić śledzenie klanopodobnego tasiemca), serial. Parę dni temu poznałem chłopaka, który w nim aktualnie występuje. To z pewnością kwestia karmy.

miércoles, 9 de marzo de 2011

Szaroburo

Jaka nieładna nam tu wiosna przyszła! Deszczowo, szaro i chłodno! A warto dodać, że tutaj bez słońca wszyscy nagle w apatyczno-depresyjny nastrój wpadają, a ten jest, niestety, zaraźliwy!
Tym samym wzięły również w łeb przyszłotygodniowe plany wypadu na plażę. A już się chciałem poopalać!




domingo, 6 de marzo de 2011

Do trzech razy sztuka

Tydzień temu po Rockym poszliśmy na imprezę i w tajemniczych okolicznościach zniknęła z wieszaka moja bluza. Przedwczoraj w jednym z klubów zaginęła moja karta miejska. Zacząłem już podejrzewać, że moje przeznaczenie daje mi znaki i że być może nie powinienem weekendami przestawiać się na nocny tryb życia. Tym niemniej, wczoraj w nocy ani nic nie zgubiłem, ani nic mi nie ukradli, a zatem uznałem, że nie ma co martwić się przeznaczeniem.

A w ramach karnawału trafiliśmy wczoraj na disneyowską imprezę z drag queens śpiewającymi piosenki z Króla Lwa i Małej Syrenki.


lunes, 28 de febrero de 2011

Rocky, Murakami i teoria literatury

26 lutego o godzinie 22:00 czasu hiszpańskiego (czyli mniej więcej o 22:30) rozpoczęła się projekcja The Rocky Horror Picture Show w czasie której wydarzyło się całkiem sporo.
Zacznijmy od dwudziestoosobowej grupy poprzebieranej za postaci z filmu biegającej po sali, rozrzucającej ryż, konfetti, chleb na grzanki, papier toaletowy i styropian, przekłuwającej napompowane balony, tańczącej, krzyczącej,... tak, to byliśmy my.
Ale była też druga grupa poprzebierana za postaci z filmu, która też biegała po sali i robiła zasadniczo to samo co my: i to już byli widzowie.
Zdecydowanie, udział widowni w przedsięwzięciu znacząco przerósł oczekiwania wszystkich. O ile bowiem nasze wariowanie było przewidziane w scenariuszu, to całej sali tańczącej razem z nami się nie spodziewaliśmy.

Zawsze się zastanawiałem, na ile oryginalny jest Murakami w Japonii. Bo dla europejczyków bez wątpienia jest pisarzem z wyobraźnią niezwykłą i specyficzną zarazem. Który europejski pisarz kazałby swojemu bohaterowi przesiadywać w studni i medytować? Tym niemniej może są to przymioty właściwe tamtej, a obce naszej, kulturze? Może ta specyficzna wizja świata jest wynikiem specyficzności japońskiej mentalności?
Czytam właśnie jego ostatnią książkę i tak się nad tym zastanawiam.

A wykłady z teorii literatury to jak na razie najciekawsze co mnie na uniwersytecie spotkało! Fakt faktem, że notatki są pełne mądrych słów, których nie rozumiem nie tylko ja (patrz moja koleżanka z grupy, która nie odpowiedziała mi na żadne z trzech zadanych jest pytań o pojedyncze słówka), ale przynajmniej są dobrze prowadzone te wykłady!


martes, 22 de febrero de 2011

Niespodzianka

Pani profesor od literaturoznawstwa (tak, wygląda na to, że w końcu będę miał z tego zajęcia) wysłała prawie 300 osobową grupę do xero sąsiedniego wydziału, mówiąc, że już tam na nas czekają notatki do odbioru. Nie czekały. Trzeba Wam było za to widzieć twarz pracującej tam pani, jak zobaczyła poruszony głodem wiedzy (a raczej nieznoszącymi sprzeciwu zaleceniami wspomnianej pani profesor) tłum lekko jeszcze zdezorientowanych brakiem jakiejkolwiek organizacji studentów pierwszego roku. Bardziej doświadczeni i zdeterminowani zażądali natychmiastowego wydania im tego, po co przyszli, i to dostali; bardziej sprytni przyszli kiedy rozeszła się już kolejka i też zdobyli ten drogocenny plik kilkuset stron Wprowadzenia do Nauki o Literaturze.
Tak właśnie studia przygotowują do dorosłego życia. Przetrwają najsilniejsi i najsprytniejsi.





miércoles, 16 de febrero de 2011

Kot w zlewie i inne radości


Hiszpania to jednak nie taki zły kraj. Trzeba się tylko postarać i znaleźć w nim coś pozytywnego. A znaleźć można na przykład kotkę w zlewie. Albo na szafie, która ma ponad dwa metry. Albo na regale za książkami. Albo... Tak, w trakcie mojej żmudnej hiszpańskiej odysei raduje mnie obecność domowej kotki w różnych dziwnych miejscach. Najważniejsze to cieszyć się drobiazgami!
Dwa dni temu odszedł na zawsze mój telefon. Ten szary. Tym z Was, którzy go poznali z pewnością łezka się w oku zakręci. Był jednym z nielicznych wciąż żyjących reliktów przeszłości, które posiadają Snake'a. Umilał tym samym podróże, wykłady,... Bateria wytrzymywała około tygodnia. Miał 11 lat.

A historia kołem się toczy: prawie 20 lat temu mój tata czytał w kinie listę dialogową filmu Rocky Horror Picture Show; za trochę ponad tydzień, 26 lutego, jego syn, znaczy ja, wraz ze swoją grupą teatralną zajmie się animacją tego samego filmu, co oznaczać będzie, ni mniej n więcej, bieganie po sali kinowej poprzebierani za postaci z filmu, w czasie projekcji tegoż.

Na zakończenie wspomnę o czymś co przekracza zdolność pojmowania każdego człowieka przy zdrowych zmysłach: lider oglądalności w piątkowy wieczór w Hiszpanii to talk show w którym była żona pewnego toreadora i matka jego córki (obie funkcje pełnią rolę zawodu), rozprawia z innymi podobnymi jej indywiduami na temat obecnej żony wspomnianego toreadora, która serwuje mu gotowe dania/późno wstaje/nie myje zębów/... (wpiszcie tu najgłupszą rzecz, jaka wam do głowy przyjdzie, a zapewniam, że mogliby poruszyć ten temat).

To daje trochę do myślenia. Hiszpania to jednak nie taki zły kraj?

lunes, 31 de enero de 2011

(mal)kontent

A ponarzekałem sobie będąc w Polsce na tą Hiszpanię. Zwerbalizowałem i uzewnętrzniłem wszystkie moje "ale" odnośnież Półwyspu Iberyjskiego, a w szczególności jego mieszkańców. I mi ulżyło trochę. Bo aktualnie, po powrocie i po oficjalnym rozpoczęciu sesji, jakoś tak dobrze się czuję! Fakt faktem, że od powrotu, czyli od wczoraj, tylko jadłem, spałem i pisałem egzamin, ale nie bądźmy drobiazgowi. Zasadniczo wróciłem z naładowanymi bateriami i z głową pełną rewolucyjnych pomysłów na moje dalsze, szczęśliw(sz)e życie! Dzisiaj potworzyłem trochę teorii lingwistycznych na egzaminie, a jutro będę się starał dowiedzieć, dlaczego Uniwersytet twierdzi, że nie zapłaciłem czegoś, co wyjątkowo zapłaciłem. Ot, życie.

A tak poza tym, miło wrócić chociaż na chwilę do własnego kraju. Ucieszyć się, widząc te same twarze (rodziny i przyjaciół) i przestraszyć się, widząc te same twarze (ludzi na ulicach). Przyznać samemu przed sobą, że jest się stamtąd. I starać się być z tego dumnym, pokazując zagranicznym znajomym interesujące punkty na mapie Warszawy, i starać się tego nie wstydzić, mijając zgromadzonych pod pałacem prezydenckim ludzi z krzyżem. Ponoć uważa się Polaków za dwubiegunowy i lekko schizofreniczny naród. Coś w tym jest, biorąc pod uwagę choćby tenże akapit.


sábado, 8 de enero de 2011

Zima, myszy i koniec ferii

Zima w Grenadzie nie objawia się niesamowicie niskimi temperaturami, ani też gigantycznymi opadami śniegu. Zima w Grenadzie to raczej deszcz i zerwane przez występujące z brzegów rzeki mosty. Ewentualnie zapadający się w grząskim terenie filar podpierający drogę. Grunt, że świeci słońce:


A w sklepach zoologicznych naprawdę powinni nieletnich prosić o zgodę rodziców na zakup zwierzaka. Dla dobra zwierzaka. Siostrzeniec przyjaciółki miał do wydania 40 euro (duma 16 letniego Hiszpańskiego samca nie dopuszczała bowiem możliwości odłożenia ich na inną okazję w drugim dniu wyprzedaży), poszedł na zakupy, wrócił z szarą myszką (albo szarym chomikiem, chłopak nie potrafił sprecyzować co sobie właśnie kupił) i był całkiem zdziwiony faktem, że to tak około 2 lat żyje średnio. W tym konkretnym przypadku jak dociągnie do dwóch miesięcy będzie dobrze.


Bilans ferii świąteczno-noworocznych: snu, jedzenia i nicnierobienia pod dostatkiem. Jak śpiewała Agnieszka Chrzanowska, nie bałem się nic nie robić i nie bałem się tracić czas, nie bałem się marzyć i nie bałem się długo spać! Parafrazuję tu piosenkę Nie bój się nic nie robić, jakby ktoś był zainteresowany jej wysłuchaniem!

lunes, 3 de enero de 2011

Kocie życie


Nie ma to jak spędzić trzy dni bez wychodzenia z domu (jeśli nie liczyć dzisiejszego porannego pójścia po chleb), wylegując się na kanapie i czytając Martwe dusze Gogola, oglądając z tej samej kanapy puszczane jeden za drugim na kanale publicznym filmy takie jak: Harry Potter (pięć części), jakąś komedię z Piercem Brosnanem, hiszpański film z lat 60-tych o latach 60-tych w Hiszpanii, pierwsze pięć minut horroru z Paris Hilton (klasyfikacja gatunkowa dokonana przede wszystkim na podstawie obsady) i jakąś idiotyczną komedię-akcji o emerytowanym komisarzu i jego dzielnym psie, który to pies zjada przypadkiem jakiś ważny dla świata przestępczego mikrochip...
A wszystko to w towarzystwie domowej kocicy, o której nie wiem, czy wspomniałem, a jeśli nie, to właśnie to robię! No schodzimy na koty, proszę państwa! Ewentualnie na borsuki:



sábado, 1 de enero de 2011

Święta, święta i nowy rok


Dość intensywny świąteczny tydzień w Polsce już za pasem, hiszpański sylwester z obowiązkowymi dwunastoma winogronami zaliczony. Nowy rok rozpoczęty z chorym gardłem, katarem i brzuchem zaokrąglonym po sylwestrowej kolacji porównywalnej rozmiarami do kolacji wigilijnej.
Plany, marzenia, postanowienia na 2011 rok? Chwilowo planów, marzeń i postanowień dalekosiężnych brak.
Te na styczeń są zaś następujące (kolejność przypadkowa i niechronologiczna):
-kolejna tygodniowa wizyta w Polsce, w ostatni tydzień miesiąca
-szeroko pojęta nauka do sesji przypadającej tuż po powrocie z Polski
-obejrzeć Pulp Fiction
-wykorzystać jakoś pędzle i farby, które sobie przywiozłem
-zrobić więcej faworków


To tak najogólniej, pomysłów na życie mam jeszcze dużo, ale żeby nie zapeszać, na razie je przemilczę. Parafrazując morał z Kung-fu Pandy, "wczoraj to już historia, jutro to niewiadoma, natomiast dzisiaj jest darem losu". Czyli znane wszędzie, od zawsze i na zawsze carpe diem.