To był dość intensywny weekend! W piątek po nie do końca przespanej nocy pół dnia prób, w sobotę z samego rana autobusem do Jaenu i pół dnia prób już na miejscu, popołudniu występ, potem trzeba było wszystko zebrać w miarę szybko, bo wchodziła kolejna grupa, autobusem do Grenady i na nogach do łóżka; niedziela to pobudka o 8:30, a dokładniej o 9:30, bo z tego wszystkiego zapomniałem o zmianie godziny, i sprint na dworzec autobusowy, bo o 10:30 wyjeżdżał autobus na plażę, na który w końcu nie zdążyłem, bo okazało się, że jednak nie tak łatwo jest przemierzyć całą rozkopaną Grenadę w niedzielny poranek, ale na plażę i tak się dostałem, busikiem, który wyjeżdżał o 11, a potem już samochodem z przyjaciółkami na działkę jednej z nich, tam rodzinny obiad, a potem rodzinne zrywanie pomarańcz, a potem już na spokojnie wróciliśmy do domu. Miałem w planach jeszcze pójście do teatru, ale kiedy okazało się, że sztuka zaczynała się o 20 moje plany spełzły na niczym, bo dojechaliśmy pod dom o 19:40 mniej więcej.
A Czarodziejski flet wypadł... zajebiście! To tak w jednym słowie!
My się bawiliśmy świetnie, nawet pomimo tego, że budynek nie był klimatyzowany i wszystkim się nam nasz piękny makijaż rozmazał po 15 minutach grania. Dzieciom się podobało i to jest najważniejsze! A że w ogniu pracy zniknęło kilka scen i musieliśmy improwizować teksty, żeby dało się cokolwiek zrozumieć... cóż, tak bywa! Liczy się efekt! A efekt jest taki, że zaproponowali nam powtórzenie spektaklu!
No hay comentarios:
Publicar un comentario