viernes, 2 de diciembre de 2011

Święta idą!

Ha, no i już grudzień!

Ten piękny, świąteczny, słoneczny (przynajmniej tutaj) i dość zimny miesiąc zainaugurowałem dwoma egzaminami: jednym z angielskiego, który zaskoczył mnie ćwiczeniem polegającym na dobraniu słów w pary tak, żeby rymowały, oraz drugim z języka literackiego, który niczym nie zaskoczył.

Przede mną 10 dniowy długi weekend. Tak, Hiszpania to zdecydowanie kraj, który nie daje nawet chwili wytchnienia.

Ostatnie dwa tygodnie przed świętami i odyseją powrotną. Nie bardzo wiem, co ze sobą zrobić, nie bardzo wiem, co tu napisać. Daję znak życia, ale inspiracji na coś więcej brak.

viernes, 28 de octubre de 2011

Za ojczyznę!

No i jakoś tak szybko leci ten czas. Notatki przestały mi się mieścić w jednej koszulce.
Ostatnie dwa tygodnie upłynęły pod znakiem modyfikowania utrwalonego wielomiesięczną praktyką sposobu spędzania czasu powydziałowego, to jest chodzenia na kawę do konkretnych kawiarni z konkretnymi ludźmi. Świat się nie skończył, aczkolwiek niektórzy jego zagładę w tych zmianach chcieli dojrzeć. Trochę pusto się zrobiło naokoło, ot i tyle.

Festiwal filmów krótkometrażowych trwa i potwierdza, że Islandczycy bez żadnych wątpliwości mają odrobinę różną wrażliwość, która niekoniecznie przemawia do europejczyków, a żeby się nie wypowiadać za ogół, powiem, że do mnie nie przemawia. Zabawnie jest również poobserwować twarze zgromadzonych na projekcji ludzi po jednej z takich zagadkowych projekcji, część dyplomatycznie nic nie mówi aż do wyjścia, druga część z pełnym przejęciem rozwodzi się o głębokim przesłaniu ludzi wychodzących z pralki i mikrofalówki na środku łąki.

Odkąd zaczął się rok akademicki to już trzeci pięciodniowy weekend jaki nam się trafia. Jeśli doliczymy do tego standardowe trzydniowe weekendy cotygodniowe, będziemy mogli łatwo policzyć, jak dużo czasu spędza się tu na wydziale.

Ten ostatni tydzień to również tydzień mobilizacji niemalże wojskowej. Zareagowaliśmy bowiem dość rewolucyjnie na wiadomość, że wszystkie literatury europejskie wykładane będą w ich języku, a co za tym idzie, że traktuje się nas jak studentów pięciu różnych filologii na raz. Wojna my kontra wydział trwa. Pojedyncze bitwy, takie jak moja z koordynatorem naszego kierunku (któremu starałem się wytłumaczyć, że komparatystyka literacka to jedno, a ta lingwistyczna to drugie i że oczywiście my postaramy się nauczyć się dwudziestu języków w najbliższy weekend, ale w wypadku, gdyby nam się jednak nie udało, żeby nam pozwolili napisać egzamin po hiszpańsku) , zakończone w zasadzie niczym, ale sprawa trafiła już do rektora, więc coś osiągnęliśmy.

miércoles, 12 de octubre de 2011

Vanity fair

Zabawne jest, że niektórzy ludzie uważają, iż w wieku ledwo skończonych 20 lat są Kimś, bo przeczytali kilka książek i znają na pamięć kilka cytatów, i na każdą racjonalną próbę uświadomienia im, że nawet w przypadku wątpliwego, acz dla nich oczywiście oczywistego, geniuszu, to nie w ich gestii leży przejście (bądź nie) do historii, reagują stwierdzeniami typu: skromność i pokora to wymysły współczesności, którymi zasłaniają się przedstawiciele klasy przeciętnej intelektualnie w (domniemanej) obronie przeciwko absolutnie niesamowitym i odkrywczym pomysłom i ideom tych bardziej utalentowanych. Śmiać się? Załamać?

Zabawnie było przypomnieć sobie w ten poniedziałek, że wyprowadzony w równowagi mówię dużo ciszej niż normalnie, a mimo to wszyscy mnie nagle rozumieją. Zabawnie było użyć tak wyświechtanego przez kino i telewizję, nieco mniej kulturalnego synonimu wyrażenia "opuść moje miejsce zamieszkania i oddal się od niego w możliwie jak najkrótszym czasie". Zabawnie, ale i trochę przykro. Chyba nie jestem jednak zwolennikiem ekstremalnych emocji.

Z innej beczki: celebracja dzisiejszego święta narodowego Hiszpanii, zwanego Dniem Hiszpańskości, odbywa się z udziałem wojska, a jakże, króla, a jakże, Hiszpanów przed telewizorami (chyba, że mają to (nie)szczęście być w Madrycie akurat), a jakże, oraz... kozy. Koza bowiem, jak wszem i wobec wiadomo, symbolem jest dzielności hiszpańskich legionistów. Amen. Jako ciekawostkę dodam, że to właśnie święto, oraz zerowa chęć pracy wykładowców, zapewniły mi pięciodniowy weekend, którego nie do końca się spodziewałem. Lokalna, pięciodniowa celebracja hiszpańskości rozpoczęła się wczoraj w nocy. Trwa.


sábado, 1 de octubre de 2011

Nowości i nie tylko

Pierwszy, czterodniowy tydzień studenta drugiego roku komparatystyki już za mną, aktualnie cieszę się porankiem drugiego dnia pierwszego, trzydniowego weekendu studenta drugiego roku komparatystki. Ta ciekawa proporcja, zapewniająca wykładowcom jeden dzień pracy mniej i utrzymanie tej samej pensji, utrzyma się najwyraźniej do końca mojej akademickiej kariery tutaj, bowiem, jak głosi wydziałowa legenda, nigdy nie było tam zajęć w piątki, nie będzie więc Bolonia pluć nam w twarz i zmieniać (nie)chlubnej tradycji.

Tym niemniej muszę powiedzieć, że pozytywnie mnie ten pierwszy tydzień zaskoczył. Po pierwsze, ponad połowa zeszłorocznej grupy zmieniła wydział bądź kierunek bądź plany życiowe w ogóle. Ta swoista czystka zapewniła pewne wyrównanie poziomu grupy. Po drugie doczekaliśmy się w końcu zajęć w małych grupach. Po trzecie pani profesor od tradycji antycznych jest kompletnie szurnięta i właśnie dlatego ja osobiście ją uwielbiam (jako ciekawostkę dodam jej aparycję narkomanki na głodzie ubranej w najdroższe ciuchy w najbardziej pstrokatych połączeniach kolorystycznych). Także, o dziwo, pozytywnie!

Poza tym, schizmy ideologicznej w mojej grupie ciąg dalszy. Są pewne, nieprzekraczalne dla mnie, granice miłości własnej i braku pokory, których nieustanne przekraczanie wydaje się być celem samym w sobie niektórych, co z kolei wywołuje zgrzytanie zębów innych. Zaczynanie zdania od "jak uważam ja i wielu lingwistów razem ze mną,..." w wieku 20 lat wydaje mi się cokolwiek pretensjonalne. Krytykowanie wszystkiego i wszystkich oraz raptowne kończenie każdej ledwo rozpoczętej dyskusji niepodważalnym argumentem "mam to gdzieś, ja i tak wiem swoje", również. Stwierdzenie, że ani to miasto, ani ludzie tu mieszkający, niczego wartościowego nie są w stanie zaoferować jest, pomimo mojej nie do końca pozytywnej opinii o tutejszych możliwościach rozwoju, grubą przesadą i dowodem na przerośnięte (w odwrotnie proporcjonalny do poziomu wiedzy) ego. Ten tydzień pokazał zresztą bardzo wyraźnie na jakie dwie frakcje się podzieliliśmy.

Wczoraj o 4 nad ranem znalazłem sokowirówkę wśród przedmiotów mojego małego gospodarstwa domowego. Zaskarbiłem sobie zapewne uwielbienie sąsiadów robiąc sobie sok jabłkowy, a następnie złorzecząc po odkryciu, że wyczyszczenie ustrojstwa wymaga rozmontowania go do imentu, wyszorowania każdej części, wysuszenia, a następnie złożenia do kupy przed położeniem się spać, ażeby uniknąć sytuacji w której po przebudzeniu nie wiedziałbym co i gdzie wcisnąć, a które to informacje miałem jeszcze w pamięci po niedawnym rozłożeniu całości.

Poznałem również sąsiada z dołu, który, po moim piątym mostku ze stania na rękach zapukał i zapytał się, czy wszystko w porządku, bo oglądał spokojnie film z żoną i w końcu zdali sobie sprawę z tego, że te dziwne odgłosy nie dochodziły bynajmniej z głośników telewizora, a z mieszkania nad nimi. Uspokoiłem go, że nic się nikomu nie stało, że jestem cały i zdrowy. Nie wiem, czy go przekonałem.

martes, 20 de septiembre de 2011

Słońce, oliwa, ironia i jej brak.

Niezaprzeczalnie, choćbym nie wiem, jak bardzo chciał temu zaprzeczyć, choćbym się dwoił, troił, czworzył i chędożył, nie dam rady tak nagiąć rzeczywistości, żeby móc Wam powiedzieć, że tu też jest zimno, choćbym nawet i tego w głębi serca chciał (w sensie, żeby było chłodniej). Jeśli to kogoś pociesza, to prawie Wam zazdroszczę, bo mam nową jesienno-zimową kurtkę, którą strasznie chcę wypróbować, a póki co, przez najbliższe trzy miesiące jeszcze tak na oko nie będę miał ku temu okazji. Pech.

Zapewne wszyscy znamy kogoś, kto po przeczytaniu jakiejś odkrywającej dość oczywiste kwestie książki postanowił zmienić swoje, a przynajmniej nasze życie. Taki zapał jest oczywiście niezwykle szlachetny, tym niemniej równie słomiany co neoficki, przy czym może być również dość destruktywny dla grupy raczej konformistycznych przyjaciół, którzy etap takiego czy innego zbawiania świata mają już za sobą. Trzeba chyba będzie przeczekać mały rozłam ideowy, jaki ostatniej soboty pojawił się między pewnym polakiem i pewnym Latynosem.
Ten sam polak poradził również temu samemu Latynosowi, żeby przy smażeniu użył przykrywki, co tamten, być może w odwecie za niepoparcie jego rewolucyjnych planów, zignorował. Jego kucharskie talenta naznaczyły całą kuchenkę oliwą.
(Osobami tegoż osobliwego dramatu byłem oczywiście ja i mój południowoamerykański przyjaciel. Postanowiłem zamaskować jednak naszą tożsamość, ażeby nadać historii bardziej uniwersalny wyraz.)

Doszedłem do wniosku, że ostatnim stopniem do pokonania na schodach prowadzących do zrozumienia obcej kultury i jej języka, jest zrozumienie ich humoru. Polak i Hiszpan, choć na pozór dwa batanki, na dłuższą metę już się tak nie polubią, bo ani jeden, ani drugi nie zrozumie żartów tego drugiego (bądź pierwszego). Standardowe polskie dogryzanie nie zdaje tu egzaminu, podobnie jak na nas raczej nie robią wrażenia wyżyny iberyjskiego humoru, umiejscowione w okolicach niewysokiego krawężnika. Także to nie słownictwo, nie melodyka języka, nie gramatyka, a coś co nazwalibyśmy pragmatyką stanowi o integracji bądź jej braku w obcym kulturalnie społeczeństwie.

I tym optymistycznym akcentem zakończę mój wywód, gdyż mi kompot kipi!

domingo, 11 de septiembre de 2011

Wielki powrót!


Tak oto wróciłem do Grenady, ażeby kolejny akademicki rok mogła się moją obecnością (na)cieszyć do woli. Z drogi powrotnej wyeliminowałem wprawdzie znienawidzoną jazdę pociągiem do Krakowa, tym niemniej nie samą jazdę do Krakowa i późniejszy zeń wylot, zamieniłem tylko środek transportu na niespodziewanie wygodny autobus z chrapiącym i wiercącym się panem na siedzeniu obok i działającą klimatyzacją. W trakcie lotu z kolei tuż obok mnie materializowało się i naprzemiennie dematerializowało kilkuletnie hiszpańskie dziecko rodziców przeze mnie niezlokalizowanych, a jego z jego objawień bądź zniknięć zdawałem sobie sprawę w tych krótkich momentach kiedy budziłem się, by w miarę niezbyt licznych możliwości zmienić pozycję i znowu zasnąć. Lubię moją zdolność/właściwość do zasypiania w środkach transportu, jest niezwykle wygodna. Jeszcze bardziej z pewnością lubili ją moi rodzice kiedy ja, szkrabem jeszcze będąc, zasnąć w domu nie chciałem, a paszczękę darłem namiętnie i
nieprzerwanie.

Zadomowienie się moje ostateczne poprzedziła wyprawa z przyszywaną tutejszą rodziną, z babcią włącznie, w góry, po których opływając w słońcu i pocie trochę pochodziliśmy, ale bardziej jeżyny pozbieraliśmy, z których staraliśmy się zrobić dżem. Nasze próby najpierw zakończyły się dość twardą bryłą jeżynową, ażeby następnie po długich kuchennych obradach i po zalaniu wrzątkiem i zmiksowaniem przeobrazić się w twór dżemopodobny i bardzo zjadliwy. Żeby nie być gołosłownym jeśli o góry chodzi, poniżej zdjęcie. Zdjęcia dżemu nie będzie, bo i tego już nie ma.

Mieszkanie samemu właśnie się rozpoczyna. Póki co nic mi jeszcze się nie zepsuło, nie wybuchło, a wręcz dokonałem całkiem przełomowych w moim życiu czynów: zmieniłem hasło sieci domowej oraz zapoznałem się dokładnie z zawartością szafek, których zawartość dotychczas była dla mnie niepewna i mało konkretna. Chcąc rozpocząć nowy tydzień aktywnie, na jutrzejszy poranek zaplanowałem wyprawę po espadryle do Carrefour'a.

Cieszę się, że się cieszycie, żem szczęśliwy/ie wrócił (do Hiszpanii i do bloga).

jueves, 23 de junio de 2011

Wakacyjnie

Tak, przyznaję się bez bicia, przez prawie dwa miesiące nic tu nie napisałem. Wiem, że było Wam ciężko, mam tylko nadzieję, że obyło się bez rwania włosów z głów, zawodzenia do księżyca i wylewania krokodylich łez z niewiedzy co tam u mnie.
Postaram się jakoś naprawić teraz na szybko to skandaliczne niedopatrzenie i skrócić dwa ostatnie miesiące w jednej notce.
Jak wiemy, tuż po przerwie wielkanocnej, w Grenadzie mieliśmy kolejny długi weekend, bo święta i imprezy lokalno-parafialne to przecież rzecz święta, a przy okazji świetna okazja, żeby nie pracować. Nie to jest jednak najistotniejsze, a fakt, że właśnie wówczas zawiązały się istotne dla dalszego rozwoju wypadków przyjaźnie. Po ośmiu miesiącach na obczyźnie, w końcu znalazł sobie człowiek (znaczy ja), grupkę sensownych ludzi. Ten sam człowiek mówił to samo już wcześniej ze dwa razy, a potem co się stało, to można się domyślić. Do trzech razy sztuka moi mili, tym razem się udało! Jest nasz czwórka, szóstka w porywach, jesteśmy tak różni jak to tylko możliwe i właśnie dlatego się kochamy. Mógłbym policzyć na palcach jednej ręki dni z tych dwóch ostatnich miesięcy, kiedy się nie widzieliśmy. A to na obiedzie na stołówce, a to na kawie, a to u mnie w domu filmy po nocy oglądając, a to u mnie w kuchni filozoficzne kwestie dyskutując...
Jednym słowem, nie straciłem jeszcze wiary w ludzi! Aczkolwiek byłem blisko.
Na wydziale wszystko po staremu. Drugi semestr był niewątpliwie ciekawszy od pierwszego, mam nadzieję, że drugi rok będzie ciekawszy od pierwszego. Ciekawostka: przedmioty do wyboru w ramach wykładów z literatury europejskiej: literatura amerykańska, brazylijska, rumuńska, polska, francuska, angielska, rosyjska, katalońska. Najwyraźniej pojęcie "europejski/a" uległo pewnym subtelnym modyfikacjom. Dziwi już nie tyle obecność literatury amerykańskiej czy brazylijskiej, co nieobecność literatury niemieckiej czy włoskiej. Inna ciekawostka: filologia germańska tu nie istnieje. Nie to, żebym chciał studiować filologię germańską, choć muszę przyznać, że literatura niemiecka jest super, tylko po prostu się zdziwiłem, tak sławny i międzynarodowy uniwersytet i taka luka w ofercie...

Zadeklaruję coś tu na blogu, mając nadzieję, że fakt, iż te miliony, które go śledzą będą o tym wiedzieć, zmotywuje mnie do realizacji mojego śmiałego i lekko karkołomnego planu. A plan jest taki, żeby od przyszłego roku przyłożyć się trochę do nauki i zdetronizować klasowe kujony. Życzcie mi powodzenia.

Byłem w końcu w Madrycie! Po miesiącach odgrażania się, że pojadę, w końcu pojechałem. Było super!

To tak w największym skrócie, każde z poruszonych zagadnień można by mocno rozwinąć, ale przecież dążymy do syntezy, czyż nie? Także kończę, podam tylko do wiadomości publicznej elektryzującą informację: 5 lipca przylatuję do Polski!