viernes, 28 de octubre de 2011

Za ojczyznę!

No i jakoś tak szybko leci ten czas. Notatki przestały mi się mieścić w jednej koszulce.
Ostatnie dwa tygodnie upłynęły pod znakiem modyfikowania utrwalonego wielomiesięczną praktyką sposobu spędzania czasu powydziałowego, to jest chodzenia na kawę do konkretnych kawiarni z konkretnymi ludźmi. Świat się nie skończył, aczkolwiek niektórzy jego zagładę w tych zmianach chcieli dojrzeć. Trochę pusto się zrobiło naokoło, ot i tyle.

Festiwal filmów krótkometrażowych trwa i potwierdza, że Islandczycy bez żadnych wątpliwości mają odrobinę różną wrażliwość, która niekoniecznie przemawia do europejczyków, a żeby się nie wypowiadać za ogół, powiem, że do mnie nie przemawia. Zabawnie jest również poobserwować twarze zgromadzonych na projekcji ludzi po jednej z takich zagadkowych projekcji, część dyplomatycznie nic nie mówi aż do wyjścia, druga część z pełnym przejęciem rozwodzi się o głębokim przesłaniu ludzi wychodzących z pralki i mikrofalówki na środku łąki.

Odkąd zaczął się rok akademicki to już trzeci pięciodniowy weekend jaki nam się trafia. Jeśli doliczymy do tego standardowe trzydniowe weekendy cotygodniowe, będziemy mogli łatwo policzyć, jak dużo czasu spędza się tu na wydziale.

Ten ostatni tydzień to również tydzień mobilizacji niemalże wojskowej. Zareagowaliśmy bowiem dość rewolucyjnie na wiadomość, że wszystkie literatury europejskie wykładane będą w ich języku, a co za tym idzie, że traktuje się nas jak studentów pięciu różnych filologii na raz. Wojna my kontra wydział trwa. Pojedyncze bitwy, takie jak moja z koordynatorem naszego kierunku (któremu starałem się wytłumaczyć, że komparatystyka literacka to jedno, a ta lingwistyczna to drugie i że oczywiście my postaramy się nauczyć się dwudziestu języków w najbliższy weekend, ale w wypadku, gdyby nam się jednak nie udało, żeby nam pozwolili napisać egzamin po hiszpańsku) , zakończone w zasadzie niczym, ale sprawa trafiła już do rektora, więc coś osiągnęliśmy.

miércoles, 12 de octubre de 2011

Vanity fair

Zabawne jest, że niektórzy ludzie uważają, iż w wieku ledwo skończonych 20 lat są Kimś, bo przeczytali kilka książek i znają na pamięć kilka cytatów, i na każdą racjonalną próbę uświadomienia im, że nawet w przypadku wątpliwego, acz dla nich oczywiście oczywistego, geniuszu, to nie w ich gestii leży przejście (bądź nie) do historii, reagują stwierdzeniami typu: skromność i pokora to wymysły współczesności, którymi zasłaniają się przedstawiciele klasy przeciętnej intelektualnie w (domniemanej) obronie przeciwko absolutnie niesamowitym i odkrywczym pomysłom i ideom tych bardziej utalentowanych. Śmiać się? Załamać?

Zabawnie było przypomnieć sobie w ten poniedziałek, że wyprowadzony w równowagi mówię dużo ciszej niż normalnie, a mimo to wszyscy mnie nagle rozumieją. Zabawnie było użyć tak wyświechtanego przez kino i telewizję, nieco mniej kulturalnego synonimu wyrażenia "opuść moje miejsce zamieszkania i oddal się od niego w możliwie jak najkrótszym czasie". Zabawnie, ale i trochę przykro. Chyba nie jestem jednak zwolennikiem ekstremalnych emocji.

Z innej beczki: celebracja dzisiejszego święta narodowego Hiszpanii, zwanego Dniem Hiszpańskości, odbywa się z udziałem wojska, a jakże, króla, a jakże, Hiszpanów przed telewizorami (chyba, że mają to (nie)szczęście być w Madrycie akurat), a jakże, oraz... kozy. Koza bowiem, jak wszem i wobec wiadomo, symbolem jest dzielności hiszpańskich legionistów. Amen. Jako ciekawostkę dodam, że to właśnie święto, oraz zerowa chęć pracy wykładowców, zapewniły mi pięciodniowy weekend, którego nie do końca się spodziewałem. Lokalna, pięciodniowa celebracja hiszpańskości rozpoczęła się wczoraj w nocy. Trwa.


sábado, 1 de octubre de 2011

Nowości i nie tylko

Pierwszy, czterodniowy tydzień studenta drugiego roku komparatystyki już za mną, aktualnie cieszę się porankiem drugiego dnia pierwszego, trzydniowego weekendu studenta drugiego roku komparatystki. Ta ciekawa proporcja, zapewniająca wykładowcom jeden dzień pracy mniej i utrzymanie tej samej pensji, utrzyma się najwyraźniej do końca mojej akademickiej kariery tutaj, bowiem, jak głosi wydziałowa legenda, nigdy nie było tam zajęć w piątki, nie będzie więc Bolonia pluć nam w twarz i zmieniać (nie)chlubnej tradycji.

Tym niemniej muszę powiedzieć, że pozytywnie mnie ten pierwszy tydzień zaskoczył. Po pierwsze, ponad połowa zeszłorocznej grupy zmieniła wydział bądź kierunek bądź plany życiowe w ogóle. Ta swoista czystka zapewniła pewne wyrównanie poziomu grupy. Po drugie doczekaliśmy się w końcu zajęć w małych grupach. Po trzecie pani profesor od tradycji antycznych jest kompletnie szurnięta i właśnie dlatego ja osobiście ją uwielbiam (jako ciekawostkę dodam jej aparycję narkomanki na głodzie ubranej w najdroższe ciuchy w najbardziej pstrokatych połączeniach kolorystycznych). Także, o dziwo, pozytywnie!

Poza tym, schizmy ideologicznej w mojej grupie ciąg dalszy. Są pewne, nieprzekraczalne dla mnie, granice miłości własnej i braku pokory, których nieustanne przekraczanie wydaje się być celem samym w sobie niektórych, co z kolei wywołuje zgrzytanie zębów innych. Zaczynanie zdania od "jak uważam ja i wielu lingwistów razem ze mną,..." w wieku 20 lat wydaje mi się cokolwiek pretensjonalne. Krytykowanie wszystkiego i wszystkich oraz raptowne kończenie każdej ledwo rozpoczętej dyskusji niepodważalnym argumentem "mam to gdzieś, ja i tak wiem swoje", również. Stwierdzenie, że ani to miasto, ani ludzie tu mieszkający, niczego wartościowego nie są w stanie zaoferować jest, pomimo mojej nie do końca pozytywnej opinii o tutejszych możliwościach rozwoju, grubą przesadą i dowodem na przerośnięte (w odwrotnie proporcjonalny do poziomu wiedzy) ego. Ten tydzień pokazał zresztą bardzo wyraźnie na jakie dwie frakcje się podzieliliśmy.

Wczoraj o 4 nad ranem znalazłem sokowirówkę wśród przedmiotów mojego małego gospodarstwa domowego. Zaskarbiłem sobie zapewne uwielbienie sąsiadów robiąc sobie sok jabłkowy, a następnie złorzecząc po odkryciu, że wyczyszczenie ustrojstwa wymaga rozmontowania go do imentu, wyszorowania każdej części, wysuszenia, a następnie złożenia do kupy przed położeniem się spać, ażeby uniknąć sytuacji w której po przebudzeniu nie wiedziałbym co i gdzie wcisnąć, a które to informacje miałem jeszcze w pamięci po niedawnym rozłożeniu całości.

Poznałem również sąsiada z dołu, który, po moim piątym mostku ze stania na rękach zapukał i zapytał się, czy wszystko w porządku, bo oglądał spokojnie film z żoną i w końcu zdali sobie sprawę z tego, że te dziwne odgłosy nie dochodziły bynajmniej z głośników telewizora, a z mieszkania nad nimi. Uspokoiłem go, że nic się nikomu nie stało, że jestem cały i zdrowy. Nie wiem, czy go przekonałem.