Postaram się jakoś naprawić teraz na szybko to skandaliczne niedopatrzenie i skrócić dwa ostatnie miesiące w jednej notce.
Jak wiemy, tuż po przerwie wielkanocnej, w Grenadzie mieliśmy kolejny długi weekend, bo święta i imprezy lokalno-parafialne to przecież rzecz święta, a przy okazji świetna okazja, żeby nie pracować. Nie to jest jednak najistotniejsze, a fakt, że właśnie wówczas zawiązały się istotne dla dalszego rozwoju wypadków przyjaźnie. Po ośmiu miesiącach na obczyźnie, w końcu znalazł sobie człowiek (znaczy ja), grupkę sensownych ludzi. Ten sam człowiek mówił to samo już wcześniej ze dwa razy, a potem co się stało, to można się domyślić. Do trzech razy sztuka moi mili, tym razem się udało! Jest nasz czwórka, szóstka w porywach, jesteśmy tak różni jak to tylko możliwe i właśnie dlatego się kochamy. Mógłbym policzyć na palcach jednej ręki dni z tych dwóch ostatnich miesięcy, kiedy się nie widzieliśmy. A to na obiedzie na stołówce, a to na kawie, a to u mnie w domu filmy po nocy oglądając, a to u mnie w kuchni filozoficzne kwestie dyskutując...
Jednym słowem, nie straciłem jeszcze wiary w ludzi! Aczkolwiek byłem blisko.
Na wydziale wszystko po staremu. Drugi semestr był niewątpliwie ciekawszy od pierwszego, mam nadzieję, że drugi rok będzie ciekawszy od pierwszego. Ciekawostka: przedmioty do wyboru w ramach wykładów z literatury europejskiej: literatura amerykańska, brazylijska, rumuńska, polska, francuska, angielska, rosyjska, katalońska. Najwyraźniej pojęcie "europejski/a" uległo pewnym subtelnym modyfikacjom. Dziwi już nie tyle obecność literatury amerykańskiej czy brazylijskiej, co nieobecność literatury niemieckiej czy włoskiej. Inna ciekawostka: filologia germańska tu nie istnieje. Nie to, żebym chciał studiować filologię germańską, choć muszę przyznać, że literatura niemiecka jest super, tylko po prostu się zdziwiłem, tak sławny i międzynarodowy uniwersytet i taka luka w ofercie...
Zadeklaruję coś tu na blogu, mając nadzieję, że fakt, iż te miliony, które go śledzą będą o tym wiedzieć, zmotywuje mnie do realizacji mojego śmiałego i lekko karkołomnego planu. A plan jest taki, żeby od przyszłego roku przyłożyć się trochę do nauki i zdetronizować klasowe kujony. Życzcie mi powodzenia.
Byłem w końcu w Madrycie! Po miesiącach odgrażania się, że pojadę, w końcu pojechałem. Było super!
To tak w największym skrócie, każde z poruszonych zagadnień można by mocno rozwinąć, ale przecież dążymy do syntezy, czyż nie? Także kończę, podam tylko do wiadomości publicznej elektryzującą informację: 5 lipca przylatuję do Polski!