sábado, 1 de octubre de 2011

Nowości i nie tylko

Pierwszy, czterodniowy tydzień studenta drugiego roku komparatystyki już za mną, aktualnie cieszę się porankiem drugiego dnia pierwszego, trzydniowego weekendu studenta drugiego roku komparatystki. Ta ciekawa proporcja, zapewniająca wykładowcom jeden dzień pracy mniej i utrzymanie tej samej pensji, utrzyma się najwyraźniej do końca mojej akademickiej kariery tutaj, bowiem, jak głosi wydziałowa legenda, nigdy nie było tam zajęć w piątki, nie będzie więc Bolonia pluć nam w twarz i zmieniać (nie)chlubnej tradycji.

Tym niemniej muszę powiedzieć, że pozytywnie mnie ten pierwszy tydzień zaskoczył. Po pierwsze, ponad połowa zeszłorocznej grupy zmieniła wydział bądź kierunek bądź plany życiowe w ogóle. Ta swoista czystka zapewniła pewne wyrównanie poziomu grupy. Po drugie doczekaliśmy się w końcu zajęć w małych grupach. Po trzecie pani profesor od tradycji antycznych jest kompletnie szurnięta i właśnie dlatego ja osobiście ją uwielbiam (jako ciekawostkę dodam jej aparycję narkomanki na głodzie ubranej w najdroższe ciuchy w najbardziej pstrokatych połączeniach kolorystycznych). Także, o dziwo, pozytywnie!

Poza tym, schizmy ideologicznej w mojej grupie ciąg dalszy. Są pewne, nieprzekraczalne dla mnie, granice miłości własnej i braku pokory, których nieustanne przekraczanie wydaje się być celem samym w sobie niektórych, co z kolei wywołuje zgrzytanie zębów innych. Zaczynanie zdania od "jak uważam ja i wielu lingwistów razem ze mną,..." w wieku 20 lat wydaje mi się cokolwiek pretensjonalne. Krytykowanie wszystkiego i wszystkich oraz raptowne kończenie każdej ledwo rozpoczętej dyskusji niepodważalnym argumentem "mam to gdzieś, ja i tak wiem swoje", również. Stwierdzenie, że ani to miasto, ani ludzie tu mieszkający, niczego wartościowego nie są w stanie zaoferować jest, pomimo mojej nie do końca pozytywnej opinii o tutejszych możliwościach rozwoju, grubą przesadą i dowodem na przerośnięte (w odwrotnie proporcjonalny do poziomu wiedzy) ego. Ten tydzień pokazał zresztą bardzo wyraźnie na jakie dwie frakcje się podzieliliśmy.

Wczoraj o 4 nad ranem znalazłem sokowirówkę wśród przedmiotów mojego małego gospodarstwa domowego. Zaskarbiłem sobie zapewne uwielbienie sąsiadów robiąc sobie sok jabłkowy, a następnie złorzecząc po odkryciu, że wyczyszczenie ustrojstwa wymaga rozmontowania go do imentu, wyszorowania każdej części, wysuszenia, a następnie złożenia do kupy przed położeniem się spać, ażeby uniknąć sytuacji w której po przebudzeniu nie wiedziałbym co i gdzie wcisnąć, a które to informacje miałem jeszcze w pamięci po niedawnym rozłożeniu całości.

Poznałem również sąsiada z dołu, który, po moim piątym mostku ze stania na rękach zapukał i zapytał się, czy wszystko w porządku, bo oglądał spokojnie film z żoną i w końcu zdali sobie sprawę z tego, że te dziwne odgłosy nie dochodziły bynajmniej z głośników telewizora, a z mieszkania nad nimi. Uspokoiłem go, że nic się nikomu nie stało, że jestem cały i zdrowy. Nie wiem, czy go przekonałem.

No hay comentarios:

Publicar un comentario