miércoles, 12 de octubre de 2011

Vanity fair

Zabawne jest, że niektórzy ludzie uważają, iż w wieku ledwo skończonych 20 lat są Kimś, bo przeczytali kilka książek i znają na pamięć kilka cytatów, i na każdą racjonalną próbę uświadomienia im, że nawet w przypadku wątpliwego, acz dla nich oczywiście oczywistego, geniuszu, to nie w ich gestii leży przejście (bądź nie) do historii, reagują stwierdzeniami typu: skromność i pokora to wymysły współczesności, którymi zasłaniają się przedstawiciele klasy przeciętnej intelektualnie w (domniemanej) obronie przeciwko absolutnie niesamowitym i odkrywczym pomysłom i ideom tych bardziej utalentowanych. Śmiać się? Załamać?

Zabawnie było przypomnieć sobie w ten poniedziałek, że wyprowadzony w równowagi mówię dużo ciszej niż normalnie, a mimo to wszyscy mnie nagle rozumieją. Zabawnie było użyć tak wyświechtanego przez kino i telewizję, nieco mniej kulturalnego synonimu wyrażenia "opuść moje miejsce zamieszkania i oddal się od niego w możliwie jak najkrótszym czasie". Zabawnie, ale i trochę przykro. Chyba nie jestem jednak zwolennikiem ekstremalnych emocji.

Z innej beczki: celebracja dzisiejszego święta narodowego Hiszpanii, zwanego Dniem Hiszpańskości, odbywa się z udziałem wojska, a jakże, króla, a jakże, Hiszpanów przed telewizorami (chyba, że mają to (nie)szczęście być w Madrycie akurat), a jakże, oraz... kozy. Koza bowiem, jak wszem i wobec wiadomo, symbolem jest dzielności hiszpańskich legionistów. Amen. Jako ciekawostkę dodam, że to właśnie święto, oraz zerowa chęć pracy wykładowców, zapewniły mi pięciodniowy weekend, którego nie do końca się spodziewałem. Lokalna, pięciodniowa celebracja hiszpańskości rozpoczęła się wczoraj w nocy. Trwa.


No hay comentarios:

Publicar un comentario