Zabawnie było przypomnieć sobie w ten poniedziałek, że wyprowadzony w równowagi mówię dużo ciszej niż normalnie, a mimo to wszyscy mnie nagle rozumieją. Zabawnie było użyć tak wyświechtanego przez kino i telewizję, nieco mniej kulturalnego synonimu wyrażenia "opuść moje miejsce zamieszkania i oddal się od niego w możliwie jak najkrótszym czasie". Zabawnie, ale i trochę przykro. Chyba nie jestem jednak zwolennikiem ekstremalnych emocji.
Z innej beczki: celebracja dzisiejszego święta narodowego Hiszpanii, zwanego Dniem Hiszpańskości, odbywa się z udziałem wojska, a jakże, króla, a jakże, Hiszpanów przed telewizorami (chyba, że mają to (nie)szczęście być w Madrycie akurat), a jakże, oraz... kozy. Koza bowiem, jak wszem i wobec wiadomo, symbolem jest dzielności hiszpańskich legionistów. Amen. Jako ciekawostkę dodam, że to właśnie święto, oraz zerowa chęć pracy wykładowców, zapewniły mi pięciodniowy weekend, którego nie do końca się spodziewałem. Lokalna, pięciodniowa celebracja hiszpańskości rozpoczęła się wczoraj w nocy. Trwa.
No hay comentarios:
Publicar un comentario