Zapewne wszyscy znamy kogoś, kto po przeczytaniu jakiejś odkrywającej dość oczywiste kwestie książki postanowił zmienić swoje, a przynajmniej nasze życie. Taki zapał jest oczywiście niezwykle szlachetny, tym niemniej równie słomiany co neoficki, przy czym może być również dość destruktywny dla grupy raczej konformistycznych przyjaciół, którzy etap takiego czy innego zbawiania świata mają już za sobą. Trzeba chyba będzie przeczekać mały rozłam ideowy, jaki ostatniej soboty pojawił się między pewnym polakiem i pewnym Latynosem.
Ten sam polak poradził również temu samemu Latynosowi, żeby przy smażeniu użył przykrywki, co tamten, być może w odwecie za niepoparcie jego rewolucyjnych planów, zignorował. Jego kucharskie talenta naznaczyły całą kuchenkę oliwą.
(Osobami tegoż osobliwego dramatu byłem oczywiście ja i mój południowoamerykański przyjaciel. Postanowiłem zamaskować jednak naszą tożsamość, ażeby nadać historii bardziej uniwersalny wyraz.)
Doszedłem do wniosku, że ostatnim stopniem do pokonania na schodach prowadzących do zrozumienia obcej kultury i jej języka, jest zrozumienie ich humoru. Polak i Hiszpan, choć na pozór dwa batanki, na dłuższą metę już się tak nie polubią, bo ani jeden, ani drugi nie zrozumie żartów tego drugiego (bądź pierwszego). Standardowe polskie dogryzanie nie zdaje tu egzaminu, podobnie jak na nas raczej nie robią wrażenia wyżyny iberyjskiego humoru, umiejscowione w okolicach niewysokiego krawężnika. Także to nie słownictwo, nie melodyka języka, nie gramatyka, a coś co nazwalibyśmy pragmatyką stanowi o integracji bądź jej braku w obcym kulturalnie społeczeństwie.
I tym optymistycznym akcentem zakończę mój wywód, gdyż mi kompot kipi!
No hay comentarios:
Publicar un comentario