martes, 20 de septiembre de 2011

Słońce, oliwa, ironia i jej brak.

Niezaprzeczalnie, choćbym nie wiem, jak bardzo chciał temu zaprzeczyć, choćbym się dwoił, troił, czworzył i chędożył, nie dam rady tak nagiąć rzeczywistości, żeby móc Wam powiedzieć, że tu też jest zimno, choćbym nawet i tego w głębi serca chciał (w sensie, żeby było chłodniej). Jeśli to kogoś pociesza, to prawie Wam zazdroszczę, bo mam nową jesienno-zimową kurtkę, którą strasznie chcę wypróbować, a póki co, przez najbliższe trzy miesiące jeszcze tak na oko nie będę miał ku temu okazji. Pech.

Zapewne wszyscy znamy kogoś, kto po przeczytaniu jakiejś odkrywającej dość oczywiste kwestie książki postanowił zmienić swoje, a przynajmniej nasze życie. Taki zapał jest oczywiście niezwykle szlachetny, tym niemniej równie słomiany co neoficki, przy czym może być również dość destruktywny dla grupy raczej konformistycznych przyjaciół, którzy etap takiego czy innego zbawiania świata mają już za sobą. Trzeba chyba będzie przeczekać mały rozłam ideowy, jaki ostatniej soboty pojawił się między pewnym polakiem i pewnym Latynosem.
Ten sam polak poradził również temu samemu Latynosowi, żeby przy smażeniu użył przykrywki, co tamten, być może w odwecie za niepoparcie jego rewolucyjnych planów, zignorował. Jego kucharskie talenta naznaczyły całą kuchenkę oliwą.
(Osobami tegoż osobliwego dramatu byłem oczywiście ja i mój południowoamerykański przyjaciel. Postanowiłem zamaskować jednak naszą tożsamość, ażeby nadać historii bardziej uniwersalny wyraz.)

Doszedłem do wniosku, że ostatnim stopniem do pokonania na schodach prowadzących do zrozumienia obcej kultury i jej języka, jest zrozumienie ich humoru. Polak i Hiszpan, choć na pozór dwa batanki, na dłuższą metę już się tak nie polubią, bo ani jeden, ani drugi nie zrozumie żartów tego drugiego (bądź pierwszego). Standardowe polskie dogryzanie nie zdaje tu egzaminu, podobnie jak na nas raczej nie robią wrażenia wyżyny iberyjskiego humoru, umiejscowione w okolicach niewysokiego krawężnika. Także to nie słownictwo, nie melodyka języka, nie gramatyka, a coś co nazwalibyśmy pragmatyką stanowi o integracji bądź jej braku w obcym kulturalnie społeczeństwie.

I tym optymistycznym akcentem zakończę mój wywód, gdyż mi kompot kipi!

domingo, 11 de septiembre de 2011

Wielki powrót!


Tak oto wróciłem do Grenady, ażeby kolejny akademicki rok mogła się moją obecnością (na)cieszyć do woli. Z drogi powrotnej wyeliminowałem wprawdzie znienawidzoną jazdę pociągiem do Krakowa, tym niemniej nie samą jazdę do Krakowa i późniejszy zeń wylot, zamieniłem tylko środek transportu na niespodziewanie wygodny autobus z chrapiącym i wiercącym się panem na siedzeniu obok i działającą klimatyzacją. W trakcie lotu z kolei tuż obok mnie materializowało się i naprzemiennie dematerializowało kilkuletnie hiszpańskie dziecko rodziców przeze mnie niezlokalizowanych, a jego z jego objawień bądź zniknięć zdawałem sobie sprawę w tych krótkich momentach kiedy budziłem się, by w miarę niezbyt licznych możliwości zmienić pozycję i znowu zasnąć. Lubię moją zdolność/właściwość do zasypiania w środkach transportu, jest niezwykle wygodna. Jeszcze bardziej z pewnością lubili ją moi rodzice kiedy ja, szkrabem jeszcze będąc, zasnąć w domu nie chciałem, a paszczękę darłem namiętnie i
nieprzerwanie.

Zadomowienie się moje ostateczne poprzedziła wyprawa z przyszywaną tutejszą rodziną, z babcią włącznie, w góry, po których opływając w słońcu i pocie trochę pochodziliśmy, ale bardziej jeżyny pozbieraliśmy, z których staraliśmy się zrobić dżem. Nasze próby najpierw zakończyły się dość twardą bryłą jeżynową, ażeby następnie po długich kuchennych obradach i po zalaniu wrzątkiem i zmiksowaniem przeobrazić się w twór dżemopodobny i bardzo zjadliwy. Żeby nie być gołosłownym jeśli o góry chodzi, poniżej zdjęcie. Zdjęcia dżemu nie będzie, bo i tego już nie ma.

Mieszkanie samemu właśnie się rozpoczyna. Póki co nic mi jeszcze się nie zepsuło, nie wybuchło, a wręcz dokonałem całkiem przełomowych w moim życiu czynów: zmieniłem hasło sieci domowej oraz zapoznałem się dokładnie z zawartością szafek, których zawartość dotychczas była dla mnie niepewna i mało konkretna. Chcąc rozpocząć nowy tydzień aktywnie, na jutrzejszy poranek zaplanowałem wyprawę po espadryle do Carrefour'a.

Cieszę się, że się cieszycie, żem szczęśliwy/ie wrócił (do Hiszpanii i do bloga).