W Hiszpanii, a przynajmniej w Granadzie, wyjście z domu z zamiarem załatwienia czegoś, normalnie kończy się powrotem na tarczy. Jeśli nawet znajdzie się w końcu odpowiedni urząd, po uprzednim zwiedzeniu dwudziestu innych i odstaniu przynajmniej godziny w różnych kolejkach, okaże się, że akurat to, co chciało się załatwić, można załatwić jedynie do 10, a ponieważ jest już po 13, człowiek zaklnie sobie po hiszpańsku, albo i po polsku, pod nosem, a następnie będzie się starać dotrzeć do domu. Rzecz, wydawałoby się, banalna, a jednak nastręcza sporych trudności jeśli weźmiemy pod uwagę nieustanne strajki autobusów. Koniec końców, wraca człowiek (znaczy ja) do domu na piechotę, skutecznie uprzedzając się jednocześnie do związków zawodowych.
Wyjście z domu w celach czysto turystyczno-społecznych może z kolei zakończyć się na policji i na izbie przyjęć, dresy nie są bowiem jedynie i ekskluzywnie polskim towarem i chociaż tutaj zowią się canis, to nomenklatura niewiele tu zmienia. W każdym razie, trzeba mieć szczęście ponoć, żeby od nich dostać.
Ja miałem to szczęście!
Jacku, kochany!
ResponderEliminarVaya blog que te has montao. Con una chorva en bikini en la foto de portada. Parece que lo estás pasando muy bien!. Yo echo de menos el cole y a vosotros, aunque Mexico no está mal. Lo malo es que aquí no hay a quién enseñar español, aunque más de uno lo necesita.
acuédate de mi de vez en cuando.... o mejor no, pa qué? =)
Un abrazo
Iván tu profe, ahora Moctezuma
Jajajaja, cuídate Moctezuma, que llegarán los conquistadores y te matarán! Jajaja!
ResponderEliminarIván, si te iba a escribir, lo q pasa es q el único correo tuyo q encuentro es el del liceo cervantes q dudo mucho lo abras : P
ResponderEliminarAsí q mándame tú un correo y ya te lo cuento todo, vale?
Un abrazo y cuídate!