viernes, 29 de octubre de 2010

Życie nowelą...

W Hiszpanii, a przynajmniej w Granadzie, wyjście z domu z zamiarem załatwienia czegoś, normalnie kończy się powrotem na tarczy. Jeśli nawet znajdzie się w końcu odpowiedni urząd, po uprzednim zwiedzeniu dwudziestu innych i odstaniu przynajmniej godziny w różnych kolejkach, okaże się, że akurat to, co chciało się załatwić, można załatwić jedynie do 10, a ponieważ jest już po 13, człowiek zaklnie sobie po hiszpańsku, albo i po polsku, pod nosem, a następnie będzie się starać dotrzeć do domu. Rzecz, wydawałoby się, banalna, a jednak nastręcza sporych trudności jeśli weźmiemy pod uwagę nieustanne strajki autobusów. Koniec końców, wraca człowiek (znaczy ja) do domu na piechotę, skutecznie uprzedzając się jednocześnie do związków zawodowych.

Wyjście z domu w celach czysto turystyczno-społecznych może z kolei zakończyć się na policji i na izbie przyjęć, dresy nie są bowiem jedynie i ekskluzywnie polskim towarem i chociaż tutaj zowią się canis, to nomenklatura niewiele tu zmienia. W każdym razie, trzeba mieć szczęście ponoć, żeby od nich dostać.
Ja miałem to szczęście!



3 comentarios:

  1. Jacku, kochany!
    Vaya blog que te has montao. Con una chorva en bikini en la foto de portada. Parece que lo estás pasando muy bien!. Yo echo de menos el cole y a vosotros, aunque Mexico no está mal. Lo malo es que aquí no hay a quién enseñar español, aunque más de uno lo necesita.
    acuédate de mi de vez en cuando.... o mejor no, pa qué? =)
    Un abrazo
    Iván tu profe, ahora Moctezuma

    ResponderEliminar
  2. Jajajaja, cuídate Moctezuma, que llegarán los conquistadores y te matarán! Jajaja!

    ResponderEliminar
  3. Iván, si te iba a escribir, lo q pasa es q el único correo tuyo q encuentro es el del liceo cervantes q dudo mucho lo abras : P
    Así q mándame tú un correo y ya te lo cuento todo, vale?
    Un abrazo y cuídate!

    ResponderEliminar